Kiepski stan finansów IMGW, możliwe zamknięcie strefy powietrznej nad Polską!

Stacja IMGW w Toruniu. Fot. Meteo Pomorze

O tym, że w Instytucie Meteorologii i Gospodarki Wodnej nie dzieje się zbyt dobrze, wiedzą chyba wszyscy mający styczność z pogodą w Polsce. Teraz jednak sytuacja robi się dramatyczna, bo z koniecznych 100 mln rocznie na działalność Instytutu, na 2018 rok przyznano mu… 35 mln!

Jak informuje Dziennik Gazeta Prawna, może nas czekać między innymi zamknięcie strefy powietrznej nad Polską. Powodem jest kiepska sytuacja Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej, któremu praktycznie skończyły się fundusze. To z kolei jest spowodowane nowelizacją prawa wodnego z 2017 roku. IMGW przeszło wówczas spod Ministerstwa Środowiska pod Ministerstwo Gospodarki Wodnej i Żeglugi Śródlądowej. Teraz Instytut podlega pod spółkę Wody Polskie, które… samo ma problemy finansowe! Na rok 2018 IMGW otrzymało około 35% tego, co według szacunków potrzebuje na utrzymanie infrastruktury, naprawy aparatury pomiarowej, czy wynagrodzenia. Co więcej, Instytut przyniósł w 2017 roku aż 13 mln zł straty, które ostatecznie pokryto z rezerw. Jeśli działalność IMGW zostanie zaburzona, lub część infrastruktury przestanie działać, problemy będą nie tylko wizerunkowe.

System ostrzegania pogodowego w Polsce zawsze był i nadal jest tylko na papierze, więc w większości mieszkańcy kraju nie odczują tych zmian. Problem jednak pojawia się w kwestii transportu lotniczego. IMGW ma bowiem podpisaną umowę z PAŻP (Polska Agencja Żeglugi Powietrznej, PANSA) na osłonę meteorologiczną lotnictwa w Polsce. O ile porty lotnicze posiadają własne stacje, tak linie lecące nad naszym krajem, nie lądujące w nim, byłyby zmuszone do jej omijania z powodu braku depesz METAR/TAF/AIRMET/SIGMET.

Mapa SYNOP, oparta o dane IMGW. Opracowanie: Meteo Pomorze

Problemem będzie też brak danych radarowych. O ile w Polsce działają liczne profesjonalne i półprofesjonalne stacje meteorologiczne z ogólnodostępnymi danymi, niezależne w pełni od IMGW, sieć Blitzortung pozwala na dokładne śledzenie burz w czasie rzeczywistym, a dane satelitarne w ramach EUMETSAT i Copernicus są darmowe i dostępne w wielu miejscach, tak radarów w Polsce póki co nic nie zastąpi. Działają co prawda nieliczne radary samorządowe, czy komercyjne (takie jak ten w Goczałkowicach na Śląsku), lecz ich zasięg pozwala jedynie na śledzenie opadów w najbliższej jego okolicy. W skali krajowej, sieci konkurencyjnej do IMGW nie ma i najpewniej prędko nie będzie. Problemem jest też awaria radaru sieci POLRAD (sieć radarowa IMGW, w jej skład wchodzi też radar w Gdańsku) przy lotnisku w Jasionce koło Rzeszowa. Naprawa szacowana jest na około 650 tys. zł, a znalezienie informatyków czy techników radarowych również stanowi problem. Wymiana radaru to z kolei około 15 mln zł.

Brak będzie też danych hydrologicznych z wodowskazów na rzekach, jeziorach, kanałach i na Bałtyku. Pozostaną dane samorządowe, między innymi Gdańskich Wód. Choć są one dokładniejsze, bo sieć pomiarowa jest gęstsza, te również obejmują niewielki fragment kraju. Teoretycznie rząd, lub samorządy mogłyby przejąć infrastrukturę, jednak dla znacznej większości społeczeństwa jest ona bezużyteczna bez grupy synoptyków, czy nowcasterów, którzy przetwarzaliby je i publikowali w bardziej przystępnej formie.

Dane satelitarne, teledetekcji wyładowań, czy pomiarowe z prywatnych stacji meteorologicznych są dostępne online i bezpłatnie. Nie ma jednak konkurencyjnych danych radarowych w skali całej Polski. Grafika: WeatherUS/Kachelmannwetter

IMGW najpewniej nie zostanie wygaszone od razu, o ile w ogóle zacznie się proces jego wygaszania. Wątpliwym jest, by rząd, bez względu na opcję polityczną, pozwolił na zaprzestanie działalności przez IMGW, które wiązałoby się z ogromną katastrofą wizerunkową, olbrzymimi odszkodowaniami dla linii lotniczych, czy brakiem ostrzeżeń pogodowych. Nie mniej jednak jest to kolejny dowód na to, że meteorologia w Polsce nie wyjdzie z dołka, jeśli będzie oparta tylko o IMGW. Potrzeba niezależnych, współpracujących ze sobą, lokalnych systemów, opartych o nowy zespół, własną siatkę automatycznych stacji, a być może także i o detektory wyładowań, czy wysokiej jakości radary pogodowe. To także dowód na to, że era pasjonatów pogody, także do Polski, zbliża się wielkimi krokami i może być dość brutalną terapią szokową dla całego, krajowego systemu ostrzegania pogodowego.

Sianie paniki w związku z kiepską sytuacją finansową IMGW jest nie do końca uzasadnione. Ucierpi lotnictwo tranzytowe, fakt. Jednak same lotniska mają swoje stacje meteorologiczne, a koszt radaru małego zasięgu to około 1,5 mln zł z infrastrukturą. Jego zasięg pozwala na zabezpieczenie meteorologiczne okolicznych miast, więc koszta można rozłożyć po równo, lub zależnie od udziałów. Ostrzeżenia Instytutu są dość mało dokładne, nawet mimo wprowadzenia skali powiatowej, a sama wiarygodność alertów i metodologia synoptyczna pozostawia wiele do życzenia. Coraz liczniej powstają więc amatorskie, pasjonackie ekipy, takie jak Sieć Obserwatorów Burz, czy nasza fundacja, które ciągle się rozwijają i prowadzą nie tylko dokładniejsze, ale i sprawniejsze ostrzeganie niż IMGW. Nie twierdzimy że Instytut jest zbędny. Naszym zdaniem musi on zostać poważnie zreformowany, lub rozbity na kilka organizacji, zajmujących się osobno ostrzeganiem, hydrologią czy klimatem i porządnie dofinansowany. Inaczej nic się nie zmieni.